sobota, 26 października 2019

Po prawie 3 latach nieobecnosci na blogu-co u mnie i dlaczego ucieklam?!

Hej kochani! Od mojego ostatniego wpisu minęły prawie 3 lata! W tamtym wpisie obiecywałam, że wrócę do blogowania i bardzo się myliłam... Co działo się ze mną przez cały ten czas? MEGA duużo!
Pomyślałam sobie, że opowiem Wam o tym co zdarzyło się w moim życiu, bo zauważyłam, że mimo upływu czasu, wciąż kilka tysięcy osób miesięcznie odwiedza mojego nieco przyrdzewiałego bloga.
A więc zapraszam do wycieczki wgłąb mojego życia, tym razem będzie trochę prywaty!

Wciąż mieszkamy w UK, w Naszej malowniczej Walii północnej. 
Moje miejsce pracy również zostało bez zmian, jest to szkoła podstawowa gdzie pełnię rolę asystenta nauczyciela, nauczyciela zastępczego i uczę angielskiego dzieci, dla których nie jest to język ojczysty.

Coś, o czym nie wiedziałam jeszcze pisząc poprzedniego posta, prawie 3 lata temu, to fakt że byłam w ciąży. Wkrótce zaczęły towarzyszyć mi niesamowite mdłości i na kilkanaście tygodni totalnie wyłączyłam się z życia. A potem już wszystko toczyło się tak szybko, że nawet nie myślałam o blogowaniu!
W Maju 2017 pobraliśmy się, była to skromna uroczystość w gronie znajomych. 
A już we wrześniu na świat przyszła Laura, która teraz ma już 2 lata.

Wielkim wydarzeniem dla Nas była Nasza podróż poślubna, rejs po 11 wyspach karaibskich! Wybraliśmy się na nią prawie 2 lata po ślubie, ale warto było czekać.
A w Maju tego roku pobraliśmy się po raz kolejny, tym razem był to ślub kościelny, w Polsce wśród rodziny i przyjaciół.
W międzyczasie przeprowadziliśmy się aż 3 razy! Ostatecznie od 2 miesięcy jesteśmy "na swoim".
I oto właśnie moje ostatnie lata w pigułce. Żyjemy szybko i dzieje się dużo. W międzyczasie miało miejsce milion innych rzeczy, nie zawsze tak pozytywnych ale nie będę Was zanudzać! Jeśli kiedyś znajdę jeszcze chwilę spróbuję znów wpaść do Was. Ale tym razem niczego już nie obiecuję. ;-)

poniedziałek, 9 stycznia 2017

Kosmetyki z Kwasem Salicylowym, które ratują mi skórę!

Hej Kochane! Daaawno mnie tu nie było, ale po półtorej roku na emigracji postanowiłam poczynić kolejne kroki by powrócić do bloga. Na pewno nie będzie to powrót z przytupem, bo muszę wejść w swoją rutynę i liczę, że dopiero wtedy posty będą na wyższym poziomie, a zdjęcia to już na pewno, bo dziś niestety zmuszona byłam użyć telefonu w marnym świetle!:)
W wielkim skrócie powiem, że u mnie wszystko w porządku! Jakiś czas temu zmieniłam pracę na lepszą i teraz mam znacznie więcej czasu. Jednym z moim postanowień noworocznych było to, by tutaj wrócić, więc trzymajcie kciuki żeby mi się udało, bo brakuje mi blogosfery! Ale do brzegu...
 Dziś będzie o moim ulubionym trio kosmetyków z zawartością kwasu Salicylowego, które świetnie wpływają na moją cerę i rozjaśniają przebarwienia. 
Super Facialist Salicylic Acid Purifying Cleansing Wash
Pierwszy produkt to żel do mycia twarzy od SuperFacialist. Ten żel jest moim ulubionym, ponieważ jako jedyny robi tak dużą różnicę -  świetnie oczyszcza i wyrównuje koloryt cery - a do tego nie przesusza skóry. Dzięki zawartości kwasu ten produkt szczególnie docenią osoby, które lubią dogłębne oczyszczenie, ale bez obaw - nadaje się do każdego typu cery. Pieni się świetnie, ale mimo wszystko mógłby być bardziej wydajny. 
Niewątpliwie problemem może być jego dostępność w Polsce, ale myślę że bez problemu można go dostać na ebay, czy amazon. Nie należy do najtańszych, bo kosztuje ok 8 Funtów, ale warto! Ja kupuję go w Boots.
Super Facialist Salicylic Acid Anti Blemish Clay Mask
 Kolejna jest maseczka z zawartością błota z Morza Martwego i kwasu Salicylowego od SuperFacialist, o której pisałam już w poprzednim poście, ale warto wspomnieć raz jeszcze! Pokochałam ją na równi z glinkami, a może nawet bardziej. Oczyszcza rewelacyjnie, ale nie przesusza i nie podrażnia skóry. Konsystencja jest kremowa, dzięki czemu nie zasycha na skórze nazbyt szybko, a zmywa się lepiej niż glinki. Przy systematycznym używaniu widać wyrównanie kolorytu skóry, rozjaśnienie przebarwień i spłycenie blizn potrądzikowych. Dla mnie mega! Aż zaraz pójdę sobie ją zrobić, haha. 
Niestety problemem może być znów dostępność - trzeba ratować się internetem- i cena, bo aż 10 Funtów.
Super Spot Remover Blemish Treatment Gel
 A na koniec zostawiłam najlepsze - czyli produkt punktowy od Origins. Ten można dostać w Sephora, więc luzik! Kosztuje 69zł za 10ml, czyli jest niesamowicie drogi, ale bez nerwów bo jest bardzo wydajny. Zwalczy pryszcza i przebarwienia. Złuszcza co trzeba. Niezawodny. Ja go sobie nie żałuję, bo niestety u mnie po każdym nieprzyjacielu zostaje przebarwienie na długo, ale ten produkt radzi sobie na tyle świetnie, że mam już jego trzecią buteleczkę - to chyba o czymś świadczy?:) 
Pachnie silnie ziołami (mój chłopak mówi że pachnę "jakimś jedzeniem"), ale można się przyzwyczaić. Najlepiej używać go kilka razy dziennie, ale kto ma na to czas? No właśnie. Na szczęście działa mimo mojego braku systematyczności, więc jestem kupiona.

Co myślicie o tych produktach? Używacie jakichś kosmetyków z kwasami w składzie? Pamiętajcie, teraz jest na to idealna pora, latem będzie za późno! 

wtorek, 19 stycznia 2016

Beauty Formulas - Glorious Mud Facial Mask - Maska błotna za funciaka

Hej Kochane! Dziś opowiem Wam o jednej z moich ulubionych maseczek oczyszczających, która kosztowała mnie tylko jednego Funciaka!:) Zapraszam!
Maseczka jest łatwo dostępna w UK i podejrzewam, że w Polsce też można ją znaleźć. Jeśli nie, to chętnie przywiozę kilka na rozdanie...;)
Maseczka Beauty Formulas umieszczona jest w klasycznej, wygodnej tubce. Podczas jej aplikacji wyczuć męski, lekko alkoholowy zapach, który jednak należy do przyjemnych. Ta alkoholowa nutka na początku nieco mnie zaniepokoiła, ale na szczęście maseczka nie wysusza skóry, więc teraz mam do niej zaufanie. Kolor produktu jest nieco jaśniejszy niż na zdjęciu, bardziej beżowy. Struktura i konsystencja są świetne, maska idealnie rozprowadza się na twarzy i nie zasycha zbyt szybko
Na skórze trzymamy ją przez 10 do 15 minut, a po spłukaniu producent obiecuje nam efekt oczyszczenia i odblokowanie porów. Jak już zapewne same domyślacie się po entuzjastycznym wstępie, ta maseczka spełnia swoje zadanie w 100%. W składzie znajdziemy Kaolin, czyli białą glinkę, która świetnie odświeża cerę i pomaga w pozbyciu się zanieczyszczeń. Skóra odzyskuje dzięki niej blask i świeżość, wygląda zdrowiej. Ja zawsze używam tej maseczki przed większymi imprezami, bo makijaż wygląda po niej świetnie i trzyma się o niebo lepiej niż zwykle! A systematycznie 2 razy w tygodniu używam innej maski, z kwasem salicylowym aby zwalczyć wredne przebarwienia. ;-) Jej wydajność również zasługuje na pochwałę, a nigdy jej sobie nie żałuję, więc za to kolejny plus.
Moja ocena: 5/5 Spełnia swoje zadanie i jest śmiesznie tania. Można? Można!

A jakie są Wasze ulubione maseczki? Ja jestem troszkę takim maseczkowym maniakiem, więc jeśli jesteście ciekawe testowanych przeze mnie wcześniej mazideł, zapraszam tutaj: KLIK!

niedziela, 3 stycznia 2016

Ulubieńcy roku 2015 - Kosmetyczne odkrycia w minirecenzjach

Hej Kochane! Nowy rok powoli się rozkręca, ale ja postanowiłam jeszcze na chwilę wrócić myślami do 2015. Dziś opowiem Wam o kosmetykach, które urzekły mnie w ubiegłym roku, zapraszam do lektury!:) Kolejność jest całkowicie przypadkowa!
 Na pierwszy ogień idzie woda termarna Uriage, o której pisałam już TUTAJ. Uwielbiam ją od baardzo dawna, ale w tym roku szczególnie często mi towarzyszyła. Celowo nie zdjęłam ceny - warto wiedzieć, że w Super Pharm ta woda niemal zawsze jest w cenie 13,99zł. W innej cenie nie kupuję, zawsze jednak robię spore zapasy jeśli jest niedroga. I tak obecnie jedną buteleczkę mam w użyciu, a dwie kolejne czekają w zapasie. I'm addicted!
 Kiedy akurat nie używam Uriage, sięgam po tonik matujący Avene - Cleanance MAT lotion. Całkiem nieźle matuje, nie wysusza mimo że jest nieco alkoholowy. Jest wydajny i uspakaja moją cerę. Zawsze miałam ochotę sięgnąć po jeden z toników od Clinique, ale ten został mi polecony jako lepszy i tańszy, więc zostałam mu wierna. Jak na razie to najlepszy tego typu produkt jaki miałam do tej pory.
 Jeśli chodzi o zapachy, bardzo lubię używać DKNY Be delicious, którym zaraziła mnie Paulina <3, ale jeszcze bardziej rozkochał mnie w sobie Adidas Born Original, który dostałam w prezencie od mojej kochanej kuzynki Sarah - dziękuję!:* Jest rewelacyjny - słodki, kobiecy, z pazurem. Zawsze dostaję na jego temat wiele komplementów, a jego trwałość robi wrażenie. 
Podkładu mineralnego Neauty minerals używam o bardzo dawna, systematycznie. Zdradzam go z podkładami w płynie tylko przy okazji większych wyjść i imprez, ale na co dzień ufam tylko Neauty!
 Jeśli jednak sięgam po płynne podkłady, ulubionym gadżetem do ich nakładania jest gąbeczka Ebelin. Świetnie współgra z matowymi podkładami, jest tania i mięciutka.
 Czarowi balsamu do ust EOS uległam i ja. Produkt bardzo dobrze radzi sobie z nawilżeniem ust, a wersja miętowa to coś dla mnie - ma słodki smak i lekko chłodzi. Lubię i używam systematycznie.:)
 Antyperspirant w kulce Nivea double effect okazał się najlepszym jakiego kiedykolwiek używałam, więc zrobiłam sobie jego spory zapas. Spełnia swoje zadanie, do tego miło pachnie, nie podrażnia pach i szybko się wchłania. Chyba nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się pisać tutaj o antyperspirancie, ale niech będzie!:)
 Szampon do włosów biała wierzba Tołpy to mój absolutny hit. Obecnie używam już chyba czwartej buteleczki, dzieląc się z narzeczonym który również bardzo go polubił. Jest idealny dla osób, których skóra głowy lubi płatać psikusa.
 Kosmetyki Soap&Glory również wkupiły się w grono najlepszych. O kremie do rąk pisałam już TUTAJ. Krem do stóp jest równie świetny, masełko do ciała pachnie przepięknie i ma lekką konsystencję, przy czym daje długotrwałe nawilżenie. Żel pod prysznic jest wydajny jak żadnej inny, pachnie jak masło i krem do rąk - czyli wyśmienicie i do tego delikatnie nawilża skórę. Uwielbiam je wszystkie.:)
 Jako absolutna fanka glinek w pielęgnacji skóry twarzy nie mogłam przejść obojętnie obok maseczki Super Facialist, która zawiera w swoim składzie kwas salicylowy. Rewelacyjnie oczyszcza, radzi sobie z suchymi skórkami i rozjaśnia ciemne plamki i przebarwienia. Używam systematycznie 2 razy w tygodniu i jak tylko mi się skończy zamówię następną!
Kolorówki tutaj niewiele, ale ten produkt to moja perełka. Bez pomadki L’Oreal, Color Riche Extraordinaire Liquid Lipstick moj makijaż nie istniał. Mój kolor to Nude vibrato, jestem nim zauroczona.:) Traktuję ten produkt bardziej jako błyszczyk niż pomadkę - daje ustom piękny połysk i je otula, chociaż trzeba przyznać że krycie ma lepsze niż typowe błyszczyki. Trwałość ma dobrą, jak na błyszczyk. Typowe pomadki trzymają się na ustach znacznie dłużej. Mimo wszystko uzależnia.:)

EDIT: Nie wiem jak to się stało, że zapomniałam wspomnieć o moich ukochanych hybrydach, ale szybko nadrabiam ten brak. Semilac spędził na moich paznokciach dobre kilka miesięcy i nigdy mnie nie zawiódł. Obecnie nie mogę malować paznokci do pracy, ale jak tylko zdarza się dłuższa przerwa (jak ta świąteczna), od razu robię sobie mani.:)
Moje manicurowe poczynania z udziałem Semilac możecie podziwiać TUTAJ

środa, 23 grudnia 2015

Soap&Glory - Hand Food, najlepszy krem do rąk ever!

Hej Kochane! Dziś opowiem Wam o kremie do rąk, który od pierwszego użycia stał się moim ulubieńcem!:)
Od producenta: Hand Food firmy Soap & Glory to krem do rąk, który zawiera w sobie masło shea. Natychmiast wygładza ręce i zostawia delikatny zapach bez uczucia tłustych dłoni.
Cena: ok 5,50GBP / 125ml lub 2,50GBP / 50ml
 Moja opinia: Krem dostępny jest w dwóch pojemnościach, ja najpierw zdecydowałam się na tę mniejszą, ale tak go pokochałam że wkrótce zakupiłam kolejną - dużą. Opakowanie jest urocze i kobiece, a nazwa "Hand food" bardzo kusząca. Po pierwszej aplikacji od razu zwróciłam uwagę na jego piękny zapach, podobno pachnie jak jedne z perfum Dior, ale tego jeszcze nie sprawdziłam.:) Zapach jest równie kobiecy jak tubka, słodki i uzależniający, a do tego trwały. Przejdźmy jednak do działania, bo to ono najbardziej mnie urzekło. Jak możecie się domyślić po tej serii ochów i achów, krem nawilża wyśmienicie. Zanim go kupiłam, moje dłonie były bardzo suche i nie mogłam sobie z tym poradzić na dłuższą metę, jak się okazało Hand food był na to lekarstwem. Nie muszę już wsmarowywać kosmetyków w dłonie po każdym ich umyciu, bo ten krem daje mi długotrwałe nawilżenie. Sama jego aplikacja również należy do przyjemnych, bo nie pozostawia na skórze tłustej warstwy i szybko się wchłania. Cena może wydawać się wysoka, ale na prawdę warto! Jedyna wada to słaba dostępność w Polsce, ale i to można ominąć.:)
Moja ocena: 5/5 Ulubieniec wszech czasów! Zaraziłam nim wiele koleżanek z pracy.:)


P.S. Kto jeszcze nie widział mojego Instagrama? Zapraszam, KLIK!

piątek, 18 grudnia 2015

Delia blueberry body scrub - jagodowy peeling do ciała

Hej! Przychodzę do Was z postem o jagodowym scrubie do ciała marki Delia. Kto oparłby się temu ślicznemu słoiczkowi? Ja na pewno nie!;)
Od producenta: Pielęgnacja ciała o zapachu jagody
 Cudowny peeling do ciała na bazie soli zawieszonej w odżywczym musie pielęgnującym
Złuszcza, pobudza mikrokrążenie i reguluje procesy regeneracji naskórka
Składniki aktywne doskonale nawilżają i odżywiają, pozostawiając delikatny film na skórze. Ciało staje się wyjątkowo gładkie i miękkie w dotyku
Aromatyczny zapach jagody pobudza zmysły i otula ciało aromatyczną aurą
Po zabiegu nie ma potrzeby stosowania balsamu czy masła
Po zużyciu peelingu piękne ceramiczne opakowanie możesz wykorzystać w dowolny sposób. Daj „drugie życie opakowaniu", a zadbasz o środowisko i sprawiasz sobie wiele przyjemności, kreując nowe otoczenie
Cena: ok 24,50zł/300g
 Moja opinia: Scrub umieszczony w uroczym słoiczku świetnie nadaje się na prezent. Po uchyleniu wieczka od razu wyczuwalny jest piękny, orzeźwiający zapach jagody. Konsystencja produktu jest gęsta i treściwa, ale w kontakcie z ciepłą, zwilżoną skórą łatwo się rozprowadza. Peeling jest bardzo dobrym zdzierakiem, a przy tym nie podrażnia skóry i pozwala na wykonanie kilkuminutowego masażu. Nie pozostawia na skórze żadnej tłustej olejowej, ani parafinowej warstewki. O ile parafiny nie lubię, to odrobina wyczuwalnego olejowego filmu na skórze jest przeze mnie pożądana. Niestety tutaj tego brakuje, więc dodatkowa aplikacja balsamu jest jak najbardziej wskazana. Pojemność 300ml wystarczyła mi na wiele użyć i zaliczam ten produkt do wydajnych, zapewne to dzięki jego gęstej strukturze. Po aplikacji cała łazienka pachnie jagodami, a mimo ciemnego koloru kosmetyk nie brudzi wanny, z czego jestem bardzo zadowolona, bo po takim domowym spa chyba nikt nie ma ochoty na podwijanie rękawów i szorowanie wanny. :)
 Moja ocena: 4+/5 Nie ideał, ale na pewno wart polecenia! :)

niedziela, 13 grudnia 2015

Balea masło do ciała o zapachu orzecha laskowego - Nutella do ciała! {Bodybutter Nuss mit Haselnussöl}

Hej Kochane! Pamiętacie recenzję kakaowego masła do ciała od Balea? Jeśli nie, zapraszam tutaj: KLIK. Jeśli same miałyście okazję go używać, wiecie jak było wspaniałe. Niestety doszły mnie słuchy, że podobno zostało wycofane, ale na szczęście Balea zadbała o dobrego zastępcę dla tamtego produktu, jakim jest masło o zapachu orzecha laskowego. Już teraz mogę Wam zdradzić, że pokochałam je całym sercem, a po więcej informacji na jego temat zapraszam do dalszej części posta.:)
Od producenta: Aksamitnie kremowe masło do ciała masło shea + orzech laskowy 
Masło aktywnie regeneruje, odżywia, nawilża i uelastycznia skórę, przywraca jej właściwą kondycję, niezwykłą gładkość i miękkość.
Intensywny zapach orzecha laskowego poprawia samopoczucie, aktywizuje i dodaje energii. Naskórek pozostaje zregenerowany, odnowiony i zabezpieczony przed nadmiernym przesuszeniem.
Cena: Niecałe 3 €, a w internecie ok 18zł /200ml
Moja opinia: Wspaniały, gęsty kosmetyk o iście maślanej konsystencji mieści się w opakowaniu zabezpieczonym sreberkiem. Po otwarciu wyczuwalny jest słodki zapach orzecha laskowego, po którym od razu mam ochotę na Nutellę! Zapach jest rewelacyjny i utrzymuje się na skórze dobre kilka godzin, a dzięki tej gęstej, treściwej konsystencji mam pewność że produkt wystarczy mi na długo. Masło dobrze się wchłania i myślę, że pod tym względem dogodzi wielu z Was, ale oczywiście nie można liczyć na to, że wchłonie się w skórę w 100% niczym lekkie mleczko. Jego aplikacja jest prosta i przyjemna, gładko sunie po skórze, a przyjemność jego używania jest ogromna. Doskonale nawilża, zmiękcza i natłuszcza skórę - zupełnie jak jego kakaowy poprzednik. Tego typu mazidła uwielbiam aplikować zwłaszcza na noc. Po jego użyciu skóra  pozostaje zadbana na długo, co jest dla mnie ważne, bo nie lubię kiedy rano czuję potrzebę nałożenia kolejnej dawki produktu.
Moja ocena: 5/5 Uwielbiam za działanie, zapach i cenę. 



czwartek, 10 grudnia 2015

Malinka od The Body Shop - moje małe rozczarowanie


 Hej Kochane! Z marką The Body Shop mam do czynienia dopiero od niedawna, a ten produkt jest jednym z pierwszych, których używałam. Jak już pewnie zauważyłyście po tytule wpisu - jestem nim nieco rozczarowana. Po więcej szczegółów zapraszam do dalszej części posta!

Moja opinia: Produkt ma poręczną buteleczkę z pompką i lekką konsystencję czegoś pomiędzy mleczkiem a balsamem. Jego różowawy kolor dodatkowo umila aplikację. Szybko się wchłania i jest całkiem wydajny, ale zraziła mnie w nim bardzo ważna cecha - zapach! Spodziewałam się aromatu prawdziwej, soczystej i lekko kwaśnej maliny, a spotkałam... Przesłodzoną sztuczną malinę niemającą nic wspólnego z moimi oczekiwaniami. Zapach utrzymuje się na ciele przez wiele godzin, co normalnie byłoby zaletą, ale w tym przypadku niekoniecznie. Fakt, jest całkiem znośny, ale mimo wszystko nie używam tego balsamu z przyjemnością, wręcz zawsze go unikam i wolę sięgnąć po coś innego. Jedyne co go ratuje, to dobre właściwości nawilżające i wspomniane już szybkie wchłanianie. Cieszę się, że niewiele za niego zapłaciłam, bo inaczej bardzo żałowałabym zakupu.
Moja ocena: 4-/5 Ten zapach zdecydowanie wypadałoby podrasować. 

Znacie ten balsam? Wiem, że wielu z Was może przypaść do gustu, ale proponuję porządnie go obwąchać przed zakupem. Szkoda, że sama tego nie zrobiłam. :-)

niedziela, 6 grudnia 2015

Payot Creme Purifante - coś z wyższej półki dla cery tłustej i mieszanej

Hej Kochane! Dziś przychodzę do Was z recenzją luksusowego kremu do twarzy marki Payot. Kupiłam go jak zwykle pod wpływem świetnych opinii na wizażu i jak zwykle moje odczucia różnią się od tych z ww strony. Jeśli jesteście ciekawe, czy ten produkt moim zdaniem jest wart swojej ceny, zapraszam do przeczytania recenzji. :)
Cena: wizaż podaje ok. 130 zł / 40 ml, ale ja kupiłam go taniej. Wydaje mi się, że skorzystałam z oferty sklepu http://www.kremoteka.pl
Od producenta:
Moja opinia: Krem ma lekką konsystencję mleczka i miły, neutralny zapach. Przeznaczony jest do skóry tłustej i mieszanej, ale dla mnie na początku był zbyt ciężki i tylko pogarszał sprawę. Teraz, kiedy mieszkam w Walii, moja cera zmieniła się wraz z zmianą klimatu i krem sprawdza się nieco lepiej, ale wciąż nie mogę powiedzieć aby był matujący, To dla mnie największe rozczarowanie, bo na matowieniu i ograniczeniu wydzielania sebum zależało mi najbardziej. Niewątpliwie jednak rozświetla i dobrze nawilża skórę, dzięki czemu szybko pozbywam się suchych skórek. Nakładany z umiarem dobrze sprawdza się pod makijażem mineralnym, który stosuję na co dzień.
Kwasy zawarte w składzie sprawiają, że cera jest wygładzona, a wszelkie czerwone plamki szybciej znikają, zwłaszcza te świeże. Nie jest to efekt widoczny od razu, warto uzbroić się w cierpliwość. 
Co do jego działania oczyszczającego - ja takowego nie zauważyłam, a zaskórniki nadal lubią się pojawiać od czasu do czasu. Na pewno jednak nie powoduje u mnie wysypu niedoskonałości i nie zapycha porów. Dodatkową jego zaletą jest duża wydajność, u mnie 50ml wystarczyło na kilka miesięcy używania, przy czym zaznaczam że stosuję go w niewielkiej ilości, bo jak wspomniałam bywa dla mnie zbyt ciężki. 
 Moja ocena: 4-/5 Całkiem miło mi się go używało, ale nie tego szukałam. W najbliższej przyszłości na pewno zdecyduję się na coś innego i nadal będę poszukiwała swojego kremowego ideału. :-)
Znacie ten krem? Jesteście ciekawe który produkt będzie jego następcą?:)

P.S. W końcu założyłam Instagram, żebyście mogły śledzić moje kosmetyczne i niekosmetyczne nowości. Niestety nie mam już tyle czasu na blogowanie co kiedyś, ale mam nadzieję, że mój nowy profil Wam to wynagrodzi! https://www.instagram.com/ems_universe_ zapraszam.

piątek, 13 listopada 2015

Balea żele pod prysznic: pomarańcza z wanilią "Black Secret" i Kokos z ananasem "Paradise Beach"

Hej dziewczyny! Na blogu znów był mega przestój, za co serdecznie przepraszam, ale jeszcze nie do końca radzę sobie z organizacją czasu. Mam nadzieję, że w końcu uda mi się wszystko ogarnąć, bo bardzo tęsknię za blogowaniem.:)

 Żele pod prysznic Balea zna już chyba każdy. Piękne zapachy i niskie ceny (nawet ok 5zł!) to ich główne zalety. Wadą niestety bywa dostępność (drogerie DM i internet), ale i z tym nie jest najgorzej, bo sklepy z chemią niemiecką wyrastają jak grzyby po deszczu. Dziś przychodzę do Was z moimi spostrzeżeniami na temat dwóch wersji zapachowych o chwytliwych nazwach "Black Secret" i "Paradise Beach". Zapraszam!
 Czarny sekret to żel o zapachu pomarańczy z wanilią - połączenie ryzykowne, ale całkiem nie najgorsze. Zdecydowanie bardziej wyczuwalna jest tutaj pomarańczka, a wanilia jest gdzieś tam w tle. Zapach niestety jest trochę chemiczny, ale nie na tyle żeby mnie odrzucał. Ani dobry, ani zły. Opakowanie w kolorze czarnym, często mylnie kojarzone z żelem dla mężczyzn, więc pomysł nie do końca udany. Kolor samego kosmetyku jest pomarańczowy, a jego konsystencja i wydajność są typowe dla tego rodzaju produktów. Pieni się bez zarzutów i równie dobrze myje - a to najważniejsze! Tylko ten zapach zupełnie bez szału...
Rajska plaża to żel pod prysznic, który pachnie ananasem w połączeniu z kokosem. Jeśli jesteście fankami popularnego koktajlu o nazwie Pina Colada, to ten żel zdecydowanie jest dla Was. Zapach wakacji w butelce! Przyjemny, słodki i jednocześnie pobudzający. Żel jest koloru różowego, co też mi się podoba, a opakowanie ma piękną szatę graficzną. Jak poprzednik - ma dobrą wydajność żelową, lekką konsystencję i świetnie się pieni. Generalnie robi co ma robić, a zapach uprzyjemnia nam czas spędzony pod prysznicem, więc jestem na TAK. Trzeba przyznać, że ta letnia seria się im udała.;)

Nie wklejałam tutaj opisów producenta, bo w sumie żel to żel i można się obejść bez większej filozofii. Dla mnie żel pod prysznic ma dobrze myć i przyjemnie pachnieć, więc Paradise Beach odpowiada mi zdecydowanie bardziej.

A Wy miałyście któryś z nich? Macie swoich ulubieńców od Balea? Muszę przyznać, że moim faworytem wciąż pozostaje wersja truskawkowa, chociaż kokos z ananasem prawie jej dorównują. :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
o mnie
Moje zdjęcie
Witam! Jestem studentką filologii angielskiej, w wolnym czasie lubię czytać blogi o tematyce związanej z kosmetykami i wizażem jak i sama tworzyć swoje recenzje, stąd pomysł na założenie bloga. Postaram się by blog nie ograniczał się do tematyki kosmetyków, a dotyczył również innych dziedzin życia. Zapraszam do zaglądania tu częściej i obserwowania jak blog się rozwija!:)